Nie cierpię robić zakupów!

Imperfect Girl - nie cierpię zakupów!

Baba, która nie znosi robić zakupów? W dodatku blogerka? Niemożliwe.

A jednak.

***

W poniedziałkowe popołudnie jestem zmęczona, kiedy wychodzę z pracy. Miałam dość kiepski dzień i chętnie sprawiłabym sobie jakąś małą frajdę. Może szminka? Perfumy? Fajne masło do ciała? A może jakaś drobnostka od jubilera? Tymczasowy pobyt w Warszawie ma w sobie jeden plus – na brak dostępu do różnego rodzaju dóbr i sklepów nie można narzekać. Wszystkiego jest pod dostatkiem, na wyciągnięcie ręki. Ląduję więc w Złotych Tarasach.

DROGERIA

Wchodzę do jednej z drogerii, które w Złotych Tarasach powstały stosunkowo niedawno. Ogłusza mnie wrzaskliwa, szybka muzyka. Nie jest to doznanie, o którym marzyłam po całym dniu spędzonym w dość hałaśliwym biurze, ale handel rządzi się swoimi prawami. W nowoczesnych przestrzeniach sklepowych musi być głośno z niewiadomych dla mnie przyczyn. Nie spędzę tu więc tyle czasu, ile planowałam – wiem to od wejścia. Postanawiam szybko przebiec do działu z perfumami i sprawdzić, czy zapach na który mam ochotę (ostatni raz używałam go kilkanaście lat temu) ciągle stoi na półkach tej znanej i popularnej wśród kobiet w każdym wieku firmy.

Stoi. Znalazłam mgiełkę do ciała i wodę perfumowaną. Świetnie. Teraz jeszcze tylko dezodorant. Odwracam się od półki i… bach! Konsultantka. Od mojego wejścia do sklepu i szybkiego biegu do działu zapachów minęła niecała minuta – dziękuję więc za obsługę, poradzę sobie sama. W połowie drogi do półki z dezodorantami – bach! Kolejna konsultantka. Grzecznie, acz z irytacją informuję: przed chwilą podeszła do mnie pani koleżanka. Nie, dziękuję. Nie potrzebuję pomocy. Nagle, zupełnie znienacka, hałaśliwa muzyka zaczyna grać jakby jeszcze głośniej. Ludzie na mnie wpadają, nie mam już ochoty szukać dezodorantu, rezygnuję też z dwóch pozostałych rzeczy z ulubionej niegdyś linii zapachowej. Nie muszę tu kupować. Nie mam na to ochoty.

To samo w innej drogerii, a raczej już perfumerii – dużo droższej, nastawionej na inny, bogatszy target.

Podchodzę do szafy ze szminkami. Ledwie zdążyłam skupić krótkowidzący wzrok na jej zawartości – wyrasta obok konsultantka. Tubalnym głosem: „SZUKAPANICZEGOŚKONKRETNEGO?!” Nie, dziękuję. Ja myślałam, że skoro do wyboru jest ponad 30 odcieni pomadek, będę mogła samodzielnie wypróbować choć kilka, nie zwracając niczyjej uwagi, a potem rozważyć zakup.

JUBILER

Styczeń jest miesiącem przecen – wie to każda z nas. Dlatego właśnie nie robię zakupów podczas zbiorowego szału, który magicznie opanowuje wszystkich już w połowie listopada i trwa aż do świąt Bożego Narodzenia. Rzecz dotyczy nie tylko odzieży i kosmetyków, ale również biżuterii – nierzadko w sieciówkach jubilerskich, które można spotkać w centrach handlowych, następuje wtedy nie tylko wielka obniżka cen, ale i czyszczenie magazynów.

Weszłam do sklepu. Jeszcze nie ściągnęłam rękawiczek. Ledwo stanęłam przy gablotach ze srebrem.

„CZYMOGĘPANIJAKOŚDORADZIĆLUBPOMÓC?!” – skierowane do mnie z wyraźną irytacją w głosie, bo jestem jedynym klientem w sklepie i chyba w czymś przeszkodziłam.

Na Boga, nie. Przecież ja nawet nie zdążyłam zobaczyć, co tak naprawdę leży na tych sklepowych wystawkach, nie mam pojęcia, co jest w ofercie sklepu. Grzecznie odmawiam i informuję, że chcę sobie popatrzeć. Jeśli czegoś będę potrzebowała – na pewno zapytam. Stoję chwilę przy tych nieszczęsnych gablotkach i oglądam, ale coś mi nie gra. Czuję na sobie wzrok pani z obsługi, która kiedy odrywam oczy – udaje że na mnie nie patrzy. Żegnam się, znów zniechęcona, i wychodzę – bo chyba jednak nie spodziewałam się, że pani ekspedientka obdarzy mnie zniesmaczonym, oburzonym wręcz spojrzeniem taksującym moją sylwetkę od góry do dołu.

A może wyglądam zbyt tanio na to, by kupić cokolwiek w tej popularnej, błyszczącej od szlifowanych luster i światła „zero” sieciówce? Może moja skórzana kurtka lub rękawiczki są zbyt wytarte, a wełniany szalik nie wskazuje na zasoby finansowe godne szacunku pani ekspedientki? A może to ten brak makijażu? Czuję się źle. Pewnie chcąc kupić biżuterię, następny raz znów będę myszkować w internecie.

MAM COŚ U WAS KUPIĆ? POZWÓLCIE MI DECYDOWAĆ!

Sklepy detaliczne wielkich sieci handlowych to ogromne bogactwo wyboru, który stoi przed klientem z jakiegoś powodu. Im więcej kuszących opcji, tym większa możliwość, że osoba podejmując decyzję zakupową skusi się nie na jedną rzecz, ale na kilka. Dodatkowo warto pamiętać, że zdecydowana większość z nas decyzje zakupowe podejmuje na miejscu, w sklepie, obcując z konkretnym towarem – nie zaś w zetknięciu z folderem reklamowym czy spotem promocyjnym w telewizji lub internecie.

Coraz częściej doświadczam tego niesłychanie nieprzyjemnego uczucia – nie lubię chodzić na zakupy, które przecież dla każdej kobiety powinny być frajdą. W dużej większości przypadków powodem jest nadgorliwa, bądź niekompetentna obsługa sklepu.

Drodzy menedżerowie, drogie konsultantki w salonach jubilerskich, drogeriach, perfumeriach i sklepach obuwniczych – czy naprawdę myślicie, że klientka w 30 sekund od wejścia do lokalu zdążyła cokolwiek zobaczyć? Dotknąć? Powąchać?

A może taki jest dziś styl – naciskać na klienta szybciej, mocniej – wówczas, jeśli nie może się zdecydować, to z pewnością pod presją czasu dokona wyboru.

Może rolą ekspedientki nie jest dziś faktyczne doradztwo, pomoc w dobraniu odpowiedniego do rodzaju skóry kosmetyku, czy też po prostu znalezienie w magazynie pożądanego rozmiaru ubrania bądź buta, który chce kupić klient? Może rola ta to po prostu wyrabianie targetu, jak na porządną korporację przystało? Oczywiście, pytam retorycznie – o prowizjach sprzedażowych słyszałam już niejedno.

Może nie ma już innej szkoły w obsłudze klienta niż ta, która po odmownej odpowiedzi potencjalnego nabywcy nakazuje sprzedawcom traktować klienta jak intruza w sklepie?

Doświadczenie zakupów dla wielu kobiet spełnia funkcję relaksacyjną. Do mnie coraz częściej dociera, że jeśli chcę się zrelaksować kupując sobie cokolwiek na poprawę humoru – łatwiej zrobię to w zaciszu własnego domu, przed ekranem komputera.

Bez hałaśliwej muzyki. Bez taksowania wzrokiem mojej zmęczonej po całym dniu pracy twarzy. Bez oceny zasobności mojego portfela na podstawie noszonych przeze mnie ubrań. I bez wmuszania mi czegokolwiek.

Ale uwaga – to Wy, drodzy właściciele sklepów, na tym stracicie. Wy i Wasze marże. Nie ja.

Autorka: Gosia

Piszę o biżuterii starej i współczesnej, dużo podróżuję, czytam, często piję strasznie kiepską kawę. Interesuję się m.in. złotnictwem i gemmologią, zaglądam też w rejony społecznej historii mody. Na co dzień pracuję jako dziennikarka i analityk mediów, a także... programuję.